Sprawa Katarzyny Kwiecieniówny w Lublinie z 1875 roku

Wiosną 1875 roku do Lublina trafiła sprawa, która przez krótki czas elektryzowała wieś i budziła zainteresowanie prasy. Chodziło o kilkuletnią dziewczynkę, uznawaną przez część ludności za "jasnowidzącą", mającą rzekomo leczyć choroby i wskazywać zagubione przedmioty. Informacja o niej ukazała się m.in. w warszawskiej gazecie "Wiek", jednak szybko spotkała się z polemiczną reakcją lekarza związanego z lubelskim szpitalem św. Wincentego à Paulo, czyli tzw. szpitalem Szarytek przy ul. Staszica.

Sprawa Katarzyny Kwiecieniówny w Lublinie z 1875 rokuSprawa Katarzyny Kwiecieniówny w Lublinie z 1875 roku
Redakcja ohistoryczny.pl

Jak wynika z opublikowanego w „Kurierze Lubelskim” obszernego wyjaśnienia, dziewczynka – nie ośmio-, lecz dziesięcioletnia – nosiła imię Katarzyna Kwiecieniówna. Urodziła się we wsi Boby w powiecie nowoaleksandryjskim, a od kilku lat mieszkała z matką w Chruślance. Kobiety utrzymywały się z dorywczych zajęć, a z czasem zaczęły objeżdżać okoliczne miejscowości, gdzie dziewczynka udzielała „rad” chorym.

Szpital Szarytek, Staszica 16, źródło: WBP Lublin
Szpital Szarytek, Staszica 16, źródło: WBP Lublin

Sprawa zainteresowała władze. Matkę i córkę sprowadzono do Lublina, przesłuchano w Sądzie Policji Prostej, po czym – decyzją administracyjną – Katarzynę skierowano do szpitala św. Wincentego na obserwację lekarską. Tam przebywała przez kilka tygodni.

Relacja lekarza jest niezwykle szczegółowa. Opisuje on zarówno stan fizyczny dziewczynki, jak i jej zachowanie. Kwiecieniówna była wątłej budowy, od urodzenia dotknięta niedowładem prawej strony ciała, kulała, miała ograniczoną sprawność ręki oraz wyraźne zaburzenia ruchów gałek ocznych. Jednocześnie, jak podkreślano, wzrok miała prawidłowy, była spokojna, rozmowna, łatwa w kontaktach i chętnie przebywała wśród innych chorych, interesując się nazwami lekarstw i dolegliwościami.

Szczególne zainteresowanie budziły jej przekonania. Dziewczynka twierdziła, że do udzielania rad została powołana „wolą Bożą”. Opowiadała też historię z dzieciństwa, gdy podczas pasienia bydła miała spotkać tajemniczą, elegancko ubraną kobietę, która zapowiedziała jej przyszłą rolę „leczenia ludzi”. Od tego momentu – jak sama mówiła – zaczęła rozpoznawać choroby i środki zaradcze.

Opisano również sam sposób „leczenia”: Katarzyna przyjmowała chorych tylko w słoneczne poranki, zadawała pytania w sposób mający robić wrażenie, nakazywała klękać lub siadać, po czym wypowiadała formułę: „ja ci radzę”. Zalecane przez nią środki mieściły się w repertuarze ludowej medycyny: tłuszcz zwierzęcy, glina z octem, zioła, słoma czy kąpiele z bylicy i dziewanny.

W czasie pobytu dziewczynki w szpitalu nie ograniczano do niej dostępu. Jak jednak zaznacza autor tekstu, mieszkańcy Lublina wykazywali raczej umiarkowane zainteresowanie – częściej z ciekawości niż z wiary w jej zdolności. Nawet wśród przybywających włościan pojawiały się głosy krytyczne, kwestionujące sens jej „rad”.

Lekarz, opierając się na obserwacji oraz zeznaniach świadków, dochodzi do wniosku, że dziewczynka padła ofiarą manipulacji dorosłych – zwłaszcza szynkarzy i propinatorów – którzy, wykorzystując łatwowierność wsi, mieli nauczyć ją określonych zachowań i utwierdzić w przekonaniu o rzekomym darze jasnowidzenia. Postępowanie sądowe toczyło się nie przeciwko niej, lecz przeciwko osobom czerpiącym z tego procederu korzyści.

Sprawa Katarzyny Kwiecieniówny pokazuje, jak w drugiej połowie XIX wieku na styku wsi, miasta, administracji i medycyny funkcjonowały podobne „cudowne” przypadki. Szpital św. Wincentego nie występuje tu jako miejsce leczenia sensacyjnej „widzącej”, lecz jako instytucja, do której – decyzją władz – kierowano osoby budzące wątpliwości i wymagające spokojnej, wielotygodniowej obserwacji.

Źródło: „Kurier Lubelski” 1875, R. 10, nr 71.

Wybrane dla Ciebie