W niedzielę ogród na Bronowicach stał się miejscem niezwykłego widowiska. Do Lublina przybył szybkobiegacz, który miał popisać się przed publicznością wytrwałością i chyżością. Jak relacjonował "Kurjer Lubelski" w 1876 roku, widzowie dopisali. Zeszli się licznie i — co szczególnie podkreślono — "bez różnicy stanów".
Była to więc rozrywka prawdziwie miejska. Nie elitarne spotkanie w zamkniętym gronie, ale widowisko, które przyciągnęło różną publiczność. Można sobie wyobrazić gwar ogrodu, muzykę, śmiech, oczekiwanie i zaciekawienie człowiekiem, który miał pokazać sprawność niecodzienną.
Zadanie szybkobiegacza polegało na sześciokrotnym obiegnięciu dość znacznego kręgu. Zapowiedź była ambitna: miał dokonać tego w ciągu 15 minut. Ostatecznie zajęło mu to 19 minut. Nie przeszkodziło to jednak w obserwowaniu samego popisu, bo publiczność patrzyła nie tylko na czas, ale i na sposób poruszania się biegacza.
Gazeta opisała jego technikę z dużą dokładnością. Biegnący trzymał się prosto, ziemi dotykał najpierw palcami, a dopiero później piętą. Kroki stawiał w takt muzyki, wykonując ich około 170 na minutę. Nie był to więc zwykły bieg, ale pokaz rytmu, wytrzymałości i panowania nad ciałem.
Szybkobiegacz torował sobie drogę przez tłum trzaskaniem bata. Ten szczegół dodaje całej scenie teatralności. Bat nie tylko porządkował przestrzeń, ale także budował napięcie widowiska. Widzowie oglądali człowieka, który w rytmie muzyki przemierzał wyznaczony krąg, a jego ruchowi towarzyszył dźwięk instrumentów i trzask bicza.
Największą sensacją nie okazał się jednak sam zapowiedziany bohater. W pewnym momencie znalazł się "zuch kominiarczyk", który puścił się z nim w zawody. I nie był to tylko żart ani chwilowe wbiegnięcie na trasę. Kominiarczyk w jednym obiegu wyprzedził szybkobiegacza o dwie minuty.
Publiczność natychmiast doceniła śmiałka. Nagrodzono go hucznymi oklaskami. To właśnie ten anonimowy chłopak stał się niespodziewanym bohaterem dnia. Zaplanowane widowisko otrzymało własny, nieprzewidziany zwrot akcji: zawodowiec miał imponować tłumowi, a tymczasem część chwały zabrał mu ktoś z publiczności.
Na tym atrakcje się nie skończyły. Widowisko zakończyło puszczenie balonu z bibułki, unoszonego za pomocą powietrza ogrzanego lampką spirytusową. Gazeta wyjaśniała przy tym, że taki balon, od nazwiska braci Montgolfier, nazywa się montgolfierą.
Dla dzisiejszego czytelnika może to brzmieć jak drobna ciekawostka, ale w XIX wieku podobne pokazy miały swoją magię. Łączyły zabawę, ciekawość techniczną i atmosferę publicznego eksperymentu. W jednym ogrodowym widowisku mieścił się sport, teatr, muzyka i demonstracja balonu unoszonego ciepłym powietrzem.
Źródło: Kurjer Lubelski 1876, R. 11, nr 91