"Ofiary ludożerców". Tragiczna wyprawa na Wyspy Salomona

W jednym z numerów czasopisma "Wędrówki i Przygody" z 1911 roku ukazała się krótka, ale niezwykle sugestywna relacja zatytułowana "Ofiary ludożerców". Tekst przenosił czytelnika daleko poza Europę — na Ocean Spokojny, w okolice Wysp Salomona, gdzie kilkanaście lat wcześniej miała rozegrać się tragedia austriackiej wyprawy naukowej.

Widok na Wyspy SalomonaWidok na Wyspy Salomona
Źródło zdjęć: © Missye Katolickie : czasopismo ilustrowane miesięczne 1893, R.12, nr 8
Redakcja ohistoryczny.pl

Jej bohaterem był wiedeński geolog, baron Foullon de Norbeck. W 1896 roku wyruszył on na wyprawę badawczą, której celem było poznanie budowy geologicznej jednej z wysp archipelagu. Ekspedycję przewiózł austriacki okręt "Albatros". Na pokładzie znajdowali się ludzie nauki, marynarze i członkowie załogi, którzy mieli pomóc w dotarciu do trudno dostępnych miejsc w głębi lądu.

Celem wyprawy była wyspa Guadalcanal. Dziś jej nazwa kojarzy się przede wszystkim z walkami II wojny światowej, ale już pod koniec XIX wieku była miejscem wypraw badawczych, podróży kolonialnych i dramatycznych spotkań Europejczyków z mieszkańcami Oceanii. Dla ludzi przybywających z Wiednia, Triestu czy innych portów monarchii austro-węgierskiej był to świat daleki, nieznany i niebezpieczny.

Relacja przytoczona w "Wędrówkach i Przygodach" opierała się na wspomnieniach niejakiego Nickla, marynarza z załogi "Albatrosa". Po latach miał on opowiedzieć jednej z gazet szczegóły wyprawy. W chwili publikacji był już właścicielem małej fabryki, a dawne wydarzenia wspominał jako przeżycie, którego nie sposób było zapomnieć.

Nickl zaznaczał, że nie uważał się za człowieka strachliwego. Mimo to już przed wyruszeniem z baronem Foullonem odczuwał niepokój. Nie był to lęk bez podstaw. Podczas wcześniejszej bytności w tamtych stronach widział scenę, która na zawsze pozostała w jego pamięci.

Na jednej z wysp, określonej w tekście jako St. Cruz, miał zobaczyć ze wzgórza grupę kilkudziesięciu mieszkańców odprawiających taniec wokół prymitywnie wyciosanego drewnianego koryta. W naczyniu znajdowały się szczątki ludzkiego ciała ugotowane w gęstej strawie. Po zakończeniu tańca uczestnicy zasiedli na murawie i zaczęli jeść, czerpiąc zupę muszlami.

Opis ten, nawet jeśli podany w sensacyjnym tonie właściwym dawnej prasie podróżniczej, miał w artykule jasną funkcję: przygotowywał czytelnika na dramat, który miał spotkać wyprawę. Nickl wspominał, że już wtedy zadawał sobie pytanie, czy członkowie ekspedycji wrócą cało do ojczyzny.

W sierpniu 1896 roku "Albatros" dotarł do Guadalcanal i zarzucił kotwicę w pobliżu wsi Arota. Według relacji mieszkało tam trzydzieści do czterdziestu rodzin. Przybysze zostali przyjęci gościnnie, choć sam wygląd osady mógł budzić obawy. Przed chatami wisiały liczne wybielone czaszki ludzkie. Dla ludzi wyprawy był to widok złowieszczy, lecz nie powstrzymał ich przed dalszą drogą.

Baron Foullon zamierzał zbadać pasmo górskie położone w głębi wyspy. Celem marszu była góra Tatube. Po dwóch dniach pobytu w pobliżu wybrzeża ekspedycja ruszyła w interior. Liczyła dwudziestu czterech ludzi i korzystała z pomocy czterech miejscowych przewodników.

Wyprawa od początku nie przebiegała pomyślnie. Po drodze zachorowało siedmiu uczestników. Kadet okrętowy Rosen zawrócił z nimi do miejsca lądowania. Reszta ludzi posuwała się dalej w głąb wyspy, coraz bardziej oddalając się od "Albatrosa", wybrzeża i jedynego bezpiecznego punktu odwrotu.

W tym miejscu zachowany fragment relacji urywa się, ale już z samego początku opowieści wyłania się atmosfera narastającego zagrożenia. Naukowa wyprawa, która miała służyć poznaniu nieznanego terenu, zmieniała się w przedsięwzięcie coraz bardziej ryzykowne. Europejczycy znaleźli się w obcym krajobrazie, pośród gór, lasów i społeczności, których zwyczajów nie rozumieli.

Według informacji podanej w czasopiśmie, wyprawa barona Foullona de Norbecka zakończyła się tragicznie. Jej uczestnicy mieli paść ofiarą mieszkańców wyspy, a po latach potwierdzili to na miejscu Anglicy. Dla czytelników z 1911 roku była to historia z pogranicza nauki, przygody i grozy: opowieść o człowieku, który wyruszył badać daleki świat, lecz nie powrócił z wyprawy.

Szczególnie poruszający jest kontrast między celem ekspedycji a jej losem. Baron Foullon nie płynął na Guadalcanal jako zdobywca skarbów ani awanturnik szukający sensacji. Był geologiem. Interesowały go góry, skały, budowa wyspy i wiedza, którą można było przywieźć do Europy. Tymczasem wyprawa badawcza została zapamiętana nie przez swoje naukowe wyniki, lecz przez dramatyczny finał.

Źródło:

Wybrane dla Ciebie