O sprawie pisał również "Express Lubelski i Wołyński" w 1933 roku. Artykuł nosił wymowny tytuł: "Tajemnice pokoju pana Coty?". Już sam podtytuł sugerował kierunek tekstu: "Syn ‘króla perfum’ nie był dżentelmenem". Gazeta nie podważała formalnych ustaleń lekarzy i śledczych. Według nich 24-letnia Dorota Wright odebrała sobie życie. Ale autor tekstu zadawał inne pytanie: czy prawna niewinność oznaczała także niewinność moralną?
Dorota Wright była córką bogatego kupca z Londynu. Według depeszy Reutera urodziła się na Cejlonie, wróciła niedawno z Australii, a z Rolandem Coty, synem znanego przemysłowca i polityka, miała być nieoficjalnie zaręczona. Jej życie, przynajmniej z zewnątrz, mogło wyglądać jak historia osoby należącej do uprzywilejowanego świata: podróże, hotele, elegancja, paryskie salony i znajomości z ludźmi zamożnymi oraz wpływowymi.
Ten świat rozpadł się jednak w hotelowym pokoju.
Według relacji przytoczonej przez prasę Roland Coty przyleciał do Paryża z Tours własną awionetką. Towarzyszył mu przyjaciel. Po drodze obaj mieli jeszcze zatrzymać się w barze, a później udali się do hotelu. Tam Coty zastał w swoim apartamencie Dorotę Wright. Jak tłumaczył, był zaskoczony jej obecnością. Przypuszczał, że służący wpuścił ją do środka, ponieważ wcześniej zdarzało jej się go odwiedzać.
Dziewczyna miała powiedzieć, że chce z nim porozmawiać. W relacji Coty’ego pojawia się jednak szczegół, który dla autora międzywojennego artykułu stał się jednym z najbardziej wymownych elementów całej historii. Zamiast natychmiast wysłuchać młodej kobiety, Coty zaprowadził przyjaciela do przeznaczonego dla niego pokoju, a sam udał się do łazienki.
Dla gazety nie był to drobiazg. Autor tekstu odczytał ten gest jako symbol obojętności. Młoda kobieta przychodzi nad ranem do hotelowego apartamentu, chce rozmawiać w sprawie najwyraźniej dla niej ważnej, a mężczyzna, z którym łączyła ją bliska relacja, najpierw idzie się wykąpać po podróży. W tekście pada ironiczne stwierdzenie, że pan Coty był "przede wszystkim higienistą".
Dalszy przebieg wydarzeń znamy z jego własnej relacji. Coty miał usłyszeć, że ktoś otwiera szufladę biurka. Zaniepokojony wrócił do pokoju i zobaczył Dorotę stojącą przy biurku. Jedną rękę trzymała za plecami. Mężczyzna miał podejrzewać, że przyszła po rewolwer. Jak zeznał, rzucił się ku niej i chwycił ją za lewą rękę. W tej samej chwili Dorota prawą ręką przyłożyła sobie broń do głowy i strzeliła.
Lekarze i eksperci uznali, że było to samobójstwo. Oficjalnie śmierć panny Wright nie obciążała nikogo. "Express Lubelski i Wołyński" nie próbował budować alternatywnej wersji zdarzeń. Nie chodziło o oskarżenie kryminalne. Artykuł był raczej sądem nad postawą mężczyzny, który — zdaniem autora — nie sprostał sytuacji, choć należał do świata ludzi uważających się za elitę.
W tekście ważną rolę odgrywa także zeznanie służącej Doroty Wright. Kobieta mówiła, że jej pani była ubrana bogato i miała na sobie kosztowną biżuterię. W Paryżu mieszkała pod opieką starszej damy. Tego dnia miała skarżyć się na ból głowy i złe samopoczucie. Zapowiadała, że pojedzie do przyjaciół na wieś. A jednak założyła suknię wieczorową. Służąca sądziła, że wróci po kilku godzinach.
Ten szczegół czyni całą historię jeszcze bardziej niepokojącą. Dorota nie wybierała się zwyczajnie na wypoczynek ani do znajomych. Wszystko wskazywało na to, że przygotowywała się do spotkania z Cotym. Być może chciała rozmowy rozstrzygającej. Być może liczyła na wyjaśnienie relacji, która — jak sugerował tekst — w ostatnim czasie zaczęła się psuć.
Najbardziej przejmująca pozostaje informacja o matce Doroty. Według depeszy Reutera przyleciała ona do Paryża z Belgii wieczorem po śmierci córki i zatrzymała się w tym samym hotelu. Jej rozpacz miała być ogromna. Ojciec dziewczyny początkowo nie wiedział jeszcze o śmierci jedynaczki.
Międzywojenny artykuł nie był więc tylko opisem tragedii. Był również opowieścią o pęknięciu w świecie pozorów. Roland Coty należał do środowiska, w którym wiele znaczyły nazwisko, majątek, elegancja i klubowe maniery. Był synem człowieka nazywanego "królem perfum". Miał własną awionetkę, bywał w hotelach, otaczał się ludźmi z towarzystwa. A jednak autor gazety uznał, że w chwili próby zabrakło mu czegoś najważniejszego: odpowiedzialności.
W finale tekstu pada gorzka refleksja: coś zepsuło się w świecie dżentelmenów. Albo — jak sugerował autor — dopuszczono do niego ludzi, którzy dżentelmenami byli tylko z pozoru.
Dziś w tej historii najmocniej wybrzmiewa nie sama sensacja, lecz pytanie o granice odpowiedzialności. Śledztwo mogło stwierdzić, że Dorota Wright sama nacisnęła spust. Ale dla opinii publicznej lat 30. to nie zamykało sprawy. Pozostawało pytanie o obietnice, relacje, zawiedzione nadzieje i chłód człowieka, który w najważniejszym momencie wybrał dystans.
Dlatego "Tajemnice pokoju pana Coty?" nie były jedynie opowieścią o jednym hotelowym dramacie. Były opowieścią o świecie, w którym elegancja nie zawsze oznaczała honor, a nazwisko i pozycja mogły zasłonić brak zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
Źródło: "Express Lubelski i Wołyński", 1933, nr 219.