Podziemne miasto pod Zamościem odkryte w 1937 roku
Zamość od wieków budził podziw podróżnych. Idealne miasto renesansu, otoczone bastionami, pełne arkad i kamienic, uchodziło za jedną z najwspanialszych fundacji dawnej Rzeczypospolitej. Jednak przed niemal dziewięćdziesięciu laty uwagę mieszkańców przykuwało nie tylko to, co wznosiło się ponad ziemią. Równie fascynujący wydawał się świat ukryty pod brukiem miasta.
W dodatku do "Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego" z 1937 roku natrafić można na niezwykle interesujący opis zamojskich podziemi. Gazeta pisała o istnieniu całego "podziemnego miasta" – sieci krużganków, lochów i korytarzy, które miały rozpoczynać się pod zamkiem, przebiegać pod zabudową miejską, a nawet wychodzić poza dawne fortyfikacje.
Wokół podziemi narosło wiele legend. Opowiadano, że ciągną się one dziesiątki kilometrów poza miasto. Autorzy gazety odnosili się do takich opowieści z ostrożnością, nie wierząc w ogromny tunel prowadzący daleko poza Zamość. Nie mieli jednak wątpliwości, że pod miastem rzeczywiście istnieje rozbudowany system przejść, niekiedy biegnących na dwóch lub nawet trzech poziomach.
Największą przeszkodą w ich badaniu nie były zwały gruzu ani wąskie przejścia, lecz brak powietrza. To właśnie on skutecznie utrudniał dalszą penetrację podziemi. W rezultacie wiele miejsc pozostawało niedostępnych i wciąż skrywało swoje tajemnice.
Szczególne zainteresowanie wzbudziło odkrycie dokonane pod dawnym kościołem franciszkanów, mieszczącym wówczas Dom Ludowy. Natrafiono tam na obszerne lochy położone na kilku poziomach. W ich wnętrzu znaleziono również liczne szkielety. Dostęp do podziemi zamknięto, zapowiadając przeprowadzenie dokładniejszych badań.
Dziennikarze zwracali uwagę, że dotychczasowe prace prowadzone były jedynie doraźnie i przypadkowo. Ich zdaniem należało zorganizować specjalną ekspedycję wyposażoną w maski tlenowe, która mogłaby systematycznie zbadać wszystkie zamojskie podziemia. Nie chodziło wyłącznie o zaspokojenie ciekawości.
Obawiano się bowiem, że stare ceglane sklepienia stopniowo ulegają zniszczeniu. Zapadające się lochy mogły w przyszłości zagrozić zabudowie miasta i doprowadzić do utraty cennych zabytków. Lepiej było działać wcześniej, zanim pojawi się realne niebezpieczeństwo.
Jednocześnie spodziewano się, że badania przyniosą wiele odkryć archeologicznych. W podziemiach mogły znajdować się przedmioty pozostawione przez dawnych mieszkańców twierdzy, które wzbogaciłyby zbiory miejscowego muzeum regionalnego.
W tym samym artykule pojawia się jeszcze jeden niezwykły wątek. Opiekun muzeum, profesor Pieszko, prezentował znaleziony w okolicach Zamościa ząb mamuta. Twierdził, że natrafił na szczątki całego zwierzęcia, lecz nie chciał jeszcze ujawniać miejsca odkrycia. Liczył, że w przyszłości uda się wydobyć je w całości i przekazać do zbiorów muzealnych.
Rozmowa zeszła także na temat pieczar. Według profesora warunki geologiczne Zamojszczyzny sprzyjały ich powstawaniu. Docierały do niego relacje, że podczas wojny okoliczni chłopi ukrywali się w naturalnych jaskiniach. Mimo licznych poszukiwań nie udało się jednak ich odnaleźć.
Dziś wiemy o zamojskich podziemiach znacznie więcej niż mieszkańcy II Rzeczypospolitej. Mimo to dawny artykuł zachował swój szczególny urok. Pobrzmiewa w nim atmosfera odkrywania nieznanego, wiara w naukę i przekonanie, że pod brukiem starego miasta nadal czekają ślady przeszłości. Dla czytelników roku 1937 podziemny Zamość był nie tylko zabytkiem. Był wielką zagadką, która wciąż domagała się rozwiązania.
Źródło: "Express Lubelski i Wołyński", 1937, R. 16, dodatek do nr 10.