Ciemne ulice, błotniste drogi i brak kanalizacji. Warszawa 1938 r. bez retuszu
Gdyby ktoś chciał w 1938 r. poznać Warszawę od kuchni, musiałby opuścić śródmiejskie salony i ruszyć na przedmieścia. To właśnie tam objawiało się prawdziwe oblicze stolicy II Rzeczypospolitej: błoto po kostki, ciemności egipskie i studnie, z których tysiące mieszkańców czerpały wodę do picia.
Choć władze komisaryczne Warszawy mogły pochwalić się pewnymi osiągnięciami w dziedzinie "upiększania" miasta, liczby nie pozostawiały złudzeń. Z 800 ulic zaledwie 84 posiadały jakiekolwiek oświetlenie — elektryczne lub gazowe. Reszta tonęła w ciemnościach, stając się miejscem bezkarnych napadów i zagrożeniem dla przechodniów, którzy wieczorami brnęli w błocie, potykając się o nierówności.
Bruk? Marzenie. Około 38 proc stołecznych ulic nie miało żadnego utwardzenia. Ich łączna długość wynosiła niemal 300 kilometrów — to tak, jakby pojechać z Warszawy do Katowic i z powrotem po klepisku. Nic dziwnego, że podróż przez takie rejony, zwłaszcza wiosną czy jesienią, graniczyła z niemożliwością. Nie tylko dla pieszych. Nawet furmanki miały problem z przebiciem się przez koleiny i rozlewiska.
Jeszcze gorzej wyglądała sprawa kanalizacji. Mimo że obecny zarząd przyspieszył prace w porównaniu do poprzedników, aż 60% warszawskich ulic wciąż jej nie miało. A to oznaczało, że 180 tysięcy mieszkańców – prawie połowa miasta – żyło bez dostępu do systemu odprowadzania ścieków. Studnie i wychodki były codziennością w dzielnicach takich jak Grochów, Bródno, Targówek, Marymont, Ochota czy Pelcowizna.
Woda? Równie źle. 120 tysięcy warszawiaków, czyli około 10 proc. mieszkańców, nadal korzystało ze studni, bo do ich domostw nie docierała miejska sieć wodociągowa.
Władze miasta, choć inwestowały w reprezentacyjne bulwary i modernistyczne fasady w centrum, nie były w stanie nadążyć za potrzebami podstawowymi. Przedmieścia – południowa Wola, Koło, Targówek, Grochów czy Szmulowizna – tkwiły w XIX-wiecznej rzeczywistości, odcięte od zdobyczy cywilizacji, które w centrum zdawały się oczywistością.
Efekt? Epidemie. Na terenach bez kanalizacji choroby zakaźne rozprzestrzeniały się błyskawicznie. Podczas epidemii liczba zachorowań w niektórych dzielnicach była kilkukrotnie wyższa niż w śródmieściu.
I tak właśnie wyglądała Warszawa u progu wojny — miasto z fasadą nowoczesności i zapleczem, które wciąż przypominało prowincjonalne miasteczko z czasów zaborów. Zadania dla przyszłych władz były jasne: najpierw kanalizacja i bruk, potem dekoracje. Bo reprezentacyjność bez fundamentów to tylko dekoracja na błocie.
Źródło:
ABC : nowiny codzienne. 1938, nr 358
Zdjęcie – Warszawa, Wola, Młynów 1935 – fotopolska.eu