Wierzchowiny 1945. Zbrodnia, Wołyń i propaganda. Historia, która do dziś dzieli historyków
Są wydarzenia, które z biegiem lat nie stają się prostsze. Przeciwnie – każda kolejna dekada dokłada nowe pytania, nowe interpretacje i nowe spory. Taką historią pozostają Wierzchowiny – niewielka wieś na Lubelszczyźnie, która 6 czerwca 1945 roku stała się miejscem jednej z najbardziej dramatycznych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych zbrodni pierwszych miesięcy po zakończeniu II wojny światowej.
To nie jest jednak opowieść wyłącznie o jednej masakrze. Nad Wierzchowinami od początku unosił się cień Wołynia, pamięci o wcześniejszych mordach i późniejszej polityki. A po latach do tej historii dopisano jeszcze propagandę Polski Ludowej i spory o odpowiedzialność.
W czerwcu 1945 roku do Wierzchowin wkroczył oddział Narodowych Sił Zbrojnych dowodzony przez Mieczysława Pazderskiego "Szarego". Według ustaleń historyków oddział prowadził akcję określaną jako "Za Bugiem". Jej cele do dziś interpretowane są różnie.
Część badaczy wskazuje, że chodziło o uderzenie w środowiska wspierające nową komunistyczną władzę. W Wierzchowinach jeszcze przed wojną działały struktury Komunistycznej Partii Polski, a po 1944 roku część mieszkańców miała wiązać się z PPR, Milicją Obywatelską czy aparatem bezpieczeństwa. Inni historycy twierdzą jednak, że motywacja była znacznie szersza i miała charakter narodowościowy – chodziło o zastraszenie ludności ukraińskiej i wymuszenie jej odejścia za Bug.
Szczególnie ważny jest skład oddziału "Szarego". Około jednej trzeciej jego żołnierzy stanowili byli żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej. Wielu z nich miało za sobą doświadczenia Wołynia. Stracili rodziny, uczestniczyli w wcześniejszych akcjach odwetowych i bardzo często nieśli ze sobą pamięć o tragediach sprzed zaledwie kilkunastu miesięcy.
I właśnie tu pojawia się jeden z najtrudniejszych wątków.
Lata 1943–1944 pozostawiły po sobie rzeź wołyńską i tysiące zamordowanych Polaków. Dla ludzi, którzy przeżyli tamte wydarzenia, wojna nie kończyła się wraz z kapitulacją Niemiec. Granica między zemstą, strachem i próbą odwetu mogła być bardzo cienka.
Według dominujących obecnie ustaleń historycznych żołnierze NSZ weszli do Wierzchowin w mundurach Wojska Polskiego. Mieszkańcy mieli przyjąć ich spokojnie, nie podejrzewając, z kim mają do czynienia. Niedługo później rozpoczęła się tragedia.
Liczba ofiar przez lata pozostawała przedmiotem sporów. W źródłach pojawiały się liczby około 400 zabitych, później 280, aż w końcu najczęściej przyjmowane dziś dane mówią o około 194–196 ofiarach. Co istotne – liczba ta odpowiada danym z rejestrów mieszkańców wsi.
Ofiarami byli głównie mieszkańcy narodowości ukraińskiej, wśród nich kobiety i dzieci. Wśród zabitych znaleźli się również Świadkowie Jehowy.
Kilka tygodni po wydarzeniach doszło do czegoś, co po latach stało się jednym z najważniejszych elementów sporu. W piśmie NSZ "Szczerbiec" opublikowano informację przyznającą, że akcję przeprowadził oddział Narodowych Sił Zbrojnych. Pojawiły się tam określenia o "likwidacji wsi ukraińskiej" i zapowiedzi dalszych działań przeciw podobnym środowiskom.
Jednak przez następne dekady historia Wierzchowin zaczęła żyć własnym życiem.
W okresie stalinowskim wydarzenia stały się jednym z najważniejszych przykładów wykorzystywanych przez propagandę PRL. Gazety przedstawiały zbrodnię jako dowód "faszystowskiego zdziczenia podziemia". Szczególną rolę odegrał "Sztandar Ludu".
W jednym z tekstów z 1952 roku publikowano bardzo drastyczne opisy śmierci mieszkańców. Opisywano między innymi Teofila Kondratiuka i jego syna Antoniego, którzy mieli zostać związani i zabici uderzeniami szpadla. Wspominano także Anatola Dudziaka, którego – według relacji – torturowano rozgrzanym pogrzebaczem. Pojawiały się opisy zabitych dzieci, starców i całych rodzin.
Dziś historycy podchodzą do tych relacji ostrożnie. Nie dlatego, że sama zbrodnia budzi wątpliwości, lecz dlatego, że stalinowska propaganda bardzo często łączyła rzeczywiste tragedie z politycznym przekazem.
To właśnie Wierzchowiny stały się później jednym z głównych argumentów w walce z podziemiem niepodległościowym.
Paradoksalnie po 1989 roku pojawił się ruch w przeciwną stronę. Część środowisk zaczęła całkowicie zdejmować odpowiedzialność z NSZ, wskazując na prowokację UB lub działania innych grup. Część historyków zdecydowanie odrzuca jednak takie interpretacje, przypominając, że istnieją dokumenty i meldunki wskazujące na udział oddziału "Szarego".
Historia dopisała jeszcze jeden rozdział.
Jeszcze tego samego dnia po wydarzeniach w Wierzchowinach rozpoczął się pościg za oddziałem NSZ. Do akcji skierowano funkcjonariuszy bezpieczeństwa, a później oddziały NKWD. Kilka dni później zgrupowanie "Szarego" zostało praktycznie rozbite. Zginął sam Mieczysław Pazderski oraz większość dowódców oddziału.
Do dziś w centrum Wierzchowin stoi pomnik upamiętniający ofiary.