Już przed wojną tajna NSDAPB stanęła przed sądem w Katowicach
Na początku czerwca 1936 roku oczy wielu mieszkańców Śląska skierowały się na Katowice. Na ławie oskarżonych zasiadło 119 osób oskarżonych o udział w tajnej niemieckiej organizacji NSDAPB działającej na polskim Górnym Śląsku. Według aktu oskarżenia nie chodziło jedynie o propagandę czy działalność polityczną. Śledczy twierdzili, że organizacja przygotowywała zbrojne wystąpienie mające doprowadzić do oderwania Śląska od Polski.
Dziś ta historia pozostaje niemal zapomniana. A przecież proces odsłaniał świat konspiracji, tajnych przysiąg, kontaktów z III Rzeszą i ludzi wierzących, że w ciągu kilkunastu miesięcy granice Europy mogą zostać przerysowane.
To wszystko działo się zaledwie trzy lata przed wybuchem II wojny światowej.
W roku 1936 Adolf Hitler był już od trzech lat kanclerzem Niemiec, a III Rzesza coraz śmielej prowadziła politykę rewizji powojennego ładu. W tym czasie wpływy narodowego socjalizmu na Śląsku stawały się coraz silniejsze, choć rozwijały się tam nieco później niż w innych regionach Niemiec. Górny Śląsk pozostawał obszarem szczególnym. Po podziale regionu po plebiscycie i powstaniach śląskich granica przecięła miasta, rodziny i sieci gospodarcze. W wielu miejscowościach po obu stronach granicy nadal żyły społeczności o mieszanej tożsamości. To właśnie na tym gruncie mogły rozwijać się środowiska liczące na zmianę sytuacji politycznej.
Według relacji opublikowanej przez "Kurjera Warszawskiego", organizacja działała od 1934 roku pod nazwą National Soziolistische Deutsche Arbeiter Bewegung (N.S.D.A.B.). Jej członkowie mieli wierzyć, że po wygaśnięciu konwencji genewskiej w 1937 roku otworzy się możliwość przyłączenia Górnego Śląska do Niemiec. W regionie miały krążyć pogłoski o przyszłym plebiscycie i rychłych zmianach granic.
Śledczy twierdzili, że nie były to przypadkowe plotki.
Według aktu oskarżenia organizacja miała przygotowywać się do zbrojnego wystąpienia. Plan zakładał wywołanie niemieckiego powstania na polskim Śląsku jeszcze przed czerwcem 1937 roku. Broń i amunicja miały nadejść z Niemiec, a uczestnicy mieli liczyć na wsparcie wojskowe zza granicy.
Szczególnie interesujący był sposób działania całej siatki. Nowych członków pozyskiwano metodą "łańcuchową". Każdy zaprzysiężony uczestnik miał werbować kolejne osoby. System był prosty, ale skuteczny. Większość ludzi znała tylko niewielki fragment struktury. Dzięki temu nawet po aresztowaniach trudniej było odtworzyć całość organizacji. Przywódcy starali się też nadać ruchowi charakter paramilitarny. Poszukiwano byłych żołnierzy armii niemieckiej, tworzono struktury przypominające wojskową hierarchię, a członkowie posługiwali się numerami zamiast nazwisk. Legitymacje przechowywano po stronie niemieckiej – w Rozbarku pod Bytomiem.
Najbardziej uderzający był jednak rytuał przyjmowania nowych osób. Jak pisała gazeta, kandydaci składali przysięgę z wyraźnym odwołaniem do Hitlera i bezwzględnego posłuszeństwa wobec wodza. Podczas ceremonii zakładano im opaski ze swastyką. W relacji prasowej cytowano fragment przysięgi, w której padały słowa: "Znam tylko jednego wodza, a tym jest Adolf Hitler".
To pokazuje, jak silnie ideologia III Rzeszy oddziaływała już poza granicami Niemiec. W organizacji funkcjonował nawet własny sąd wewnętrzny. Miał on karać osoby uznane za zdrajców lub dezerterów. Według relacji jeden z członków został pobity po opuszczeniu struktur i tylko przypadkiem uniknął śmierci. Później występował jako ważny świadek oskarżenia. Cała sprawa przybrała jeszcze bardziej dramatyczny charakter z powodu losów jej założyciela.
Początkowo oskarżonych było 120 osób. W trakcie śledztwa przywódca organizacji Paweł Maniura miał przekazać śledczym informacje dotyczące struktury, liczby członków i najważniejszych działaczy. Niedługo później popełnił samobójstwo w więzieniu w Chorzowie.
Po jego śmierci głównym oskarżonym został Józef Zając z Nowego Bytomia. Władze twierdziły, że zgromadziły mocne dowody. Spośród 119 oskarżonych aż 89 osób miało przyznać się do udziału w organizacji podczas śledztwa.
Dziś trudno jednoznacznie rozstrzygać wszystkie szczegóły tej historii. Prasa międzywojenna często nadawała podobnym procesom bardzo emocjonalny ton, a sprawy dotyczące bezpieczeństwa państwa stawały się wydarzeniami politycznymi. Jednocześnie trudno nie zauważyć, że opisywane zjawiska wpisywały się w szerszy proces radykalizacji i ekspansji nazistowskiej ideologii. Już kilka lat później III Rzesza nie potrzebowała konspiracyjnych organizacji na pograniczu. Granice zaczęły zmieniać się przy pomocy regularnych armii.
Źródło:
Kurjer Warszawski R.116, nr 151 (3 czerwca 1936) - wyd. wieczorne