WAŻNE
TERAZ

1920: Nieznane fotografie z trudnych dni w Białymstoku

Jak lubelska prasa pisała o Powstaniu Warszawskim?

Dziesiątego sierpnia 1944 r. Warszawa walczyła już od dziesięciu dni. Na Woli dogasała największa fala masowych egzekucji ludności cywilnej.

Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po upadku powstaniaOddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po upadku powstania
Źródło zdjęć: © Narodowe Archiwum Cyfrowe
Redakcja ohistoryczny.pl

Niemieckie oddziały nacierały na Stare Miasto, na Ochocie trwały mordy i grabieże, a tysiące mieszkańców przenosiły się do piwnic, szukając ochrony przed pociskami, ogniem i nalotami.

Tego samego dnia w wydawanej w Lublinie "Rzeczpospolitej" ukazały się "Wiadomości z Warszawy". Czytelnik mógłby oczekiwać opisu ulicznych walk, sytuacji poszczególnych dzielnic, losu szpitali i ludności cywilnej. Zamiast tego gazeta pisała przede wszystkim o profesorach, pisarzach i aktorach, którzy zostali aresztowani, zamordowani albo zaginęli w ciągu poprzednich dwóch lat.

O powstaniu informowano początkowo zaskakująco mało.

Nie było to jednak zwykłe milczenie. W kolejnych numerach można zobaczyć, jak redakcja stopniowo budowała własną interpretację wydarzeń. Najpierw Warszawa pojawiała się jako miasto politycznych mordów i strat polskiej inteligencji. Później została uznana za bohaterską stolicę, która "krwawi i walczy". Jednocześnie dowódców Armii Krajowej i polityków związanych z rządem RP w Londynie nazwano "prowodyrami", "reakcyjnymi politykierami" oraz "nieodpowiedzialnymi awanturnikami".

W sierpniu 1944 r. na łamach "Rzeczpospolitej" zaczęła powstawać opowieść, która po wojnie miała wielokrotnie powracać w oficjalnej propagandzie: mieszkańcy Warszawy byli bohaterami, ale ich dowódcy mieli świadomie wysłać ich na śmierć.

Gdy Lublin mówił już o odbudowie

"Rzeczpospolita" była jednym z symboli nowej rzeczywistości tworzonej na terenach zajmowanych przez Armię Czerwoną.

Pierwszy numer przygotowano w niezwykłym pośpiechu, jeszcze w Chełmie. Według wspomnień Anatola Mikułki prace trwały zaledwie dobę. Jednym z głównych organizatorów gazety był Jerzy Borejsza, który zabiegał o papier, wyposażenie drukarni, pracowników i system kolportażu.

Drugi numer ukazał się już w Lublinie. Redakcja szybko stała się miejscem skupiającym dziennikarzy, pisarzy, aktorów oraz ludzi kultury przybywających do miasta.

Gazeta nie miała jedynie opisywać wydarzeń. Pomagała tworzyć obraz państwa odradzającego się wokół Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Jej łamy wypełniały informacje o uruchamianiu urzędów, kolei, poczty, szkół, zakładów pracy i instytucji kultury.

Lublin przedstawiano jako miasto, w którym Polska już zaczynała działać. Warszawa pozostawała natomiast poza kontrolą nowej władzy. Walczyła pod dowództwem Armii Krajowej i struktur Polskiego Państwa Podziemnego podporządkowanych rządowi w Londynie.

Ten kontrast miał znaczenie nie tylko geograficzne. W Lublinie organizowano nowe państwo. W Warszawie ujawniało się państwo podziemne, które uważało się za prawowitą kontynuację Rzeczypospolitej.

"Polscy faszyści wyręczają gestapo?"

10 sierpnia "Rzeczpospolita" opublikowała tekst opatrzony pytaniem:

"Polscy faszyści wyręczają gestapo?"

Autor twierdził, że od początku czerwca w Warszawie działała grupa terrorystów wywodząca się z dawnego Obozu Narodowo-Radykalnego. Jej członkowie mieli mordować oficerów podziemia związanych z rządem londyńskim, szczególnie tych, których uważano za demokratów. Następnie — według gazety — rozpoczęli polowanie na profesorów, literatów i artystów.

Artykuł nie był całkowicie pozbawiony podstaw. 13 czerwca 1944 r. zamordowano Jerzego Makowieckiego, jego żonę Zofię oraz historyka Ludwika Widerszala. Makowiecki kierował Wydziałem Informacji Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, a Widerszal był związany z tym samym środowiskiem.

Był to jeden z najbardziej ponurych przykładów politycznych porachunków wewnątrz polskiego podziemia. Wykonawcy zbrodni byli związani ze skrajnie nacjonalistycznymi strukturami konspiracyjnymi.

"Rzeczpospolita" wykorzystała jednak rzeczywisty mord do stworzenia obrazu znacznie szerszej akcji. Czytelnik miał odnieść wrażenie, że w Warszawie działa zorganizowana grupa likwidująca demokratycznych oficerów, uczonych i artystów, a jej działalność odbywa się za cichą zgodą gestapo.

Na jej czele miał stać Stanisław Nakoniecznikoff-Klukowski "Kmicic", związany z tą częścią Narodowych Sił Zbrojnych, która nie podporządkowała się Armii Krajowej.

Gazeta nie przedstawiła jednak dowodów, że "Kmicic" dowodził całą opisaną grupą ani że odpowiadał za serię zabójstw ludzi nauki i kultury. Jeszcze mniej podstaw miało stwierdzenie, że polscy nacjonaliści działali za zgodą gestapo.

Powstawała czytelna konstrukcja polityczna: skrajna prawica morduje demokratów, jej działalność pomaga Niemcom, a więc przeciwnicy nowej władzy w praktyce wyręczają okupanta.

Uczony, który jeszcze żył

Najpoważniejszy fałsz dotyczył profesora Marcelego Handelsmana.

"Rzeczpospolita" informowała, że uczony został wytropiony i zamordowany w Milanówku pod Warszawą. Handelsman rzeczywiście ukrywał się w tej okolicy i w lipcu 1944 r. został aresztowany przez gestapo.

Nie zamordowano go jednak w Milanówku.

Profesor został wywieziony do niemieckich obozów koncentracyjnych. Przeszedł przez Gross-Rosen i Mittelbau-Dora. Zmarł dopiero 20 marca 1945 r.

Podobnie wyglądała sprawa Haliny Krahelskiej, działaczki społecznej, pisarki i współpracowniczki struktur Polskiego Państwa Podziemnego. Gazeta również ją uznała za zamordowaną. W rzeczywistości została deportowana do Ravensbrück i zmarła tam w kwietniu 1945 r.

Redakcja najprawdopodobniej dysponowała wiadomościami o ich zatrzymaniu i zaginięciu. Zamiast jednak napisać, że ich dalszy los pozostaje nieznany, ogłosiła śmierć obojga. Taka wersja wzmacniała tezę o czystce prowadzonej wspólnie przez gestapo i polską skrajną prawicę.

Do rozstrzelanych zaliczono także aktora i dramaturga Romana Niewiarowicza. On również przeżył wojnę.

Nekrologi zamiast relacji z barykad

W kolejnym numerze gazeta uzupełniła listę "strat poniesionych ostatnio przez polską inteligencję". Wymieniła między innymi Maję Berezowską, Tadeusza Hollendra, Edwarda Szymańskiego, Edwarda Boyégo, Stefana Essmanowskiego, Leona Pomirowskiego, Ludwika Pugeta, Mieczysława Węgrzyna, Anielę Zagórską, Stefana Kiedrzyńskiego, Wacława Szumańskiego i Zygmunta Łempickiego.

Większość tych osób rzeczywiście zmarła lub została zamordowana podczas okupacji. Informacje nie były jednak bieżące.

Stefan Essmanowski i Ludwik Puget zginęli już w 1942 r. Tadeusz Hollender, Edward Szymański, Leon Pomirowski, Wacław Szumański i Zygmunt Łempicki zmarli lub zostali zamordowani w 1943 r.

Pojawiały się także nieścisłości. Essmanowski był więźniem Pawiaka, ale nie został tam rozstrzelany. Łempicki nie został stracony w egzekucji, lecz zmarł w Auschwitz na tyfus.

Rubryka nie była więc serwisem z walczącej stolicy. Przypominała kompilację nekrologów, dawnych wiadomości, plotek i informacji o osobach, których dalszy los długo pozostawał nieznany.

W tym samym czasie na Woli trwały masowe mordy ludności cywilnej. Niemcy nacierali na Stare Miasto, a powstańcy bronili kolejnych barykad. O tych wydarzeniach czytelnik "Rzeczpospolitej" dowiadywał się znacznie mniej.

Problem z bohaterską Warszawą

Brak dokładnych wiadomości można częściowo tłumaczyć warunkami wojennymi. Lublin i Warszawę rozdzielał front. Łączność była utrudniona, a informacje docierały z opóźnieniem.

Nie wyjaśnia to jednak całej sytuacji.

Powstanie prowadziła Armia Krajowa, podporządkowana władzom RP w Londynie. Każda wiadomość o sukcesach powstańców wzmacniała prestiż Polskiego Państwa Podziemnego, którego legalności PKWN nie zamierzał uznać.

Redakcja stanęła więc przed poważnym problemem. Nie mogła zaprzeczyć, że Warszawa walczy bohatersko. Jednocześnie nie chciała dopuścić, by bohaterstwo miasta stało się argumentem na rzecz rządu londyńskiego. Rozwiązaniem było oddzielenie powstańców od ich dowódców.

Warszawiacy jako bohaterowie, dowódcy jako winni

16 sierpnia "Rzeczpospolita" pisała już otwarcie:

"Myśli nasze i serca skierowane były ku bohaterskiej Warszawie, która krwawi i walczy".

Warszawiaków nazwano dumą narodu. Podkreślono, że mieszkańcy nie podporządkowali się niemieckiemu ultimatum i ponownie zadziwili świat swoją odwagą.

Padało też niezwykle ważne zdanie:

"Walczyła i walczy cała Warszawa".

Gazeta uznawała więc społeczny i powszechny charakter powstania. Natychmiast jednak rozdzielała walczących od przywódców.

Szeregowi żołnierze i mieszkańcy byli bohaterami. Odpowiedzialność za tragedię spadała na "reakcyjnych politykierów", "prowodyrów" oraz "nieodpowiedzialnych awanturników". Głównym winowajcą uczyniono gen. Kazimierza Sosnkowskiego. Było to historycznie nieścisłe. Sosnkowski nie wydał rozkazu rozpoczęcia powstania. Należał raczej do tych przedstawicieli władz emigracyjnych, którzy obawiali się walki bez gwarancji szybkiej pomocy.

Ostateczną decyzję podjął 31 lipca dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski "Bór" w porozumieniu z delegatem rządu Janem Stanisławem Jankowskim.

Sosnkowski był jednak dla propagandy wygodnym przeciwnikiem. Symbolizował nieprzejednane stanowisko wobec ZSRR i sprzeciw wobec podporządkowania sprawy polskiej polityce Stalina.

Czy powstanie miało przeszkodzić Mikołajczykowi?

Gazeta powtarzała oficjalne stanowisko Moskwy, według którego polskie władze nie uzgodniły rozpoczęcia walk z dowództwem Armii Czerwonej.

Brak wcześniejszej koordynacji operacyjnej był faktem. "Rzeczpospolita" wyciągała jednak z niego znacznie dalej idący wniosek.

Według gazety powstanie rozpoczęto przede wszystkim po to, aby stworzyć w Warszawie dokonany fakt polityczny i przeszkodzić w rozmowach premiera Stanisława Mikołajczyka z przedstawicielami PKWN w Moskwie.

Powstanie rzeczywiście miało cel polityczny. Armia Krajowa i władze podziemnej Rzeczypospolitej chciały wystąpić wobec nadchodzących Sowietów jako legalni gospodarze stolicy. Warszawa wyzwolona własnymi siłami miała potwierdzić ciągłość państwa polskiego.

Nie znaczy to jednak, że walka z Niemcami była jedynie pozorem, a śmierć mieszkańców narzędziem politycznej intrygi. Gazeta sprowadzała złożone motywy powstania do spisku wymierzonego w Moskwę i tworzoną przez nią władzę.

Czołgi, które miały nadchodzić z pomocą

17 sierpnia "Rzeczpospolita" opublikowała artykuł pod tytułem:

"Polskie czołgi idą na Warszawę".

Tekst opisywał rzeczywiste walki 1. Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Polscy czołgiści przeprawili się na zachodni brzeg Wisły i wraz z oddziałami sowieckimi odpierali ciężkie niemieckie kontrataki.

W relacji pojawiali się usmoleni żołnierze, biało-czerwone chorągiewki, płonące niemieckie działa pancerne i ranni czołgiści, którzy nie przerywali walki. Każdy obrót gąsienic miał przybliżać ich do Warszawy.

Był to opis prawdziwej i krwawej bitwy na przyczółku warecko-magnuszewskim, między innymi w rejonie Studzianek. Polacy walczyli tam przeciw silnym niemieckim jednostkom, w tym oddziałom Dywizji Pancerno-Spadochronowej "Hermann Göring".

Nie była to jednak bezpośrednia operacja odsieczowa dla powstańczej stolicy. Studzianki i Magnuszew leżały kilkadziesiąt kilometrów na południe od Warszawy. Celem walk było utrzymanie przyczółka, a nie natychmiastowe przebicie się do miasta.

Tytuł sugerował jednak, że pomoc już się zbliża.

Nie należy podważać bohaterstwa czołgistów. Ich walka i ofiary były rzeczywiste. Propagandowy zabieg polegał na nadaniu bitwie innego znaczenia. Bój o utrzymanie przyczółka przedstawiono jako marsz na odsiecz Warszawy.

"Anglia" potępia powstanie

Kolejnym etapem było wykorzystanie prasy brytyjskiej.

"Rzeczpospolita" przytaczała komentarze "Daily Express", "Daily Herald", "Daily Worker", "News Chronicle", "Observer", "Reynolds News" oraz pisma określanego jako "Week".

Wybrane teksty krytykowały brak uzgodnienia powstania z aliantami, oskarżały polski rząd w Londynie o polityczną awanturę i odrzucały podejrzenia, że Stalin celowo pozostawił Warszawę bez pomocy.

Część brytyjskich gazet rzeczywiście krytycznie oceniała decyzję o rozpoczęciu walk. Szczególnie ostre stanowisko zajmowały pisma lewicowe i prosowieckie.

Nie oznaczało to jednak, że cała Wielka Brytania mówiła jednym głosem.

"Daily Worker" był organem Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii. Jego komentarze niemal dosłownie powtarzały linię Moskwy. Inne gazety reprezentowały środowiska labourzystowskie albo liberalne, przywiązane do utrzymania dobrych stosunków ze Związkiem Sowieckim.

"Rzeczpospolita" pomijała natomiast głosy domagające się pomocy dla Warszawy, pytające o bierność Armii Czerwonej i krytykujące odmowę udostępnienia sowieckich lotnisk zachodnim samolotom.

Gazeta nie przedstawiała całej brytyjskiej debaty. Wybierała głosy, które pasowały do stanowiska Moskwy i PKWN.

"Tragedia Warszawy"

21 sierpnia ukazał się artykuł zatytułowany "Tragedia Warszawy". Była to już kompletna polityczna interpretacja powstania.

Autor połączył w jeden ciąg przedwojenną sanację, klęskę wrześniową, ucieczkę władz przez Zaleszczyki, rząd emigracyjny i decyzję o rozpoczęciu walk w Warszawie.

Pisano:

"Sierpień 1944 wejdzie do historji Polski pod tytułem: »Tragedja Warszawy«. Znów ci sami, co sprowadzili klęskę września 1939, sprowokowali nieodpowiedzialnie przedwczesną walkę bohaterskiej Warszawy".

W rzeczywistości Polskie Państwo Podziemne i rząd emigracyjny tworzyli przedstawiciele wielu ugrupowań, w tym środowisk pozostających przed wojną w opozycji do sanacji. Premier Stanisław Mikołajczyk był przywódcą ruchu ludowego, a nie kontynuatorem obozu piłsudczykowskiego.

Gazeta potrzebowała jednak jednego przeciwnika. Sanacja, Londyn, dowództwo AK i przeciwnicy ZSRR zostali więc połączeni w jedną "reakcyjną klikę".

Przemilczano przy tym agresję sowiecką na Polskę z 17 września 1939 r., pakt Ribbentrop–Mołotow, deportacje, Katyń oraz rozbrajanie oddziałów AK przez Sowietów na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej.

ZSRR występował wyłącznie jako wyzwoliciel. Skoro Stalin chciał pomóc Warszawie, brak odsieczy musiał wynikać jedynie z sytuacji wojskowej albo z błędów polskiego dowództwa.

Paryż obalił argument gazety

Najbardziej niefortunne było porównanie Warszawy z Paryżem.

"Rzeczpospolita" pytała, czy gen. Charles de Gaulle wezwał mieszkańców francuskiej stolicy do powstania. Przekonywała, że odpowiedzialni dowódcy nie narażają mieszkańców wielkich miast na walkę przed nadejściem regularnego wojska.

Numer ukazał się 21 sierpnia.

Powstanie w Paryżu rozpoczęło się dwa dni wcześniej. Na ulicach stały barykady, policja i ruch oporu zajmowały budynki publiczne, a mieszkańcy walczyli z niemieckim garnizonem.

Nie oznacza to, że położenie obu miast było identyczne. Francuską stolicę dzieliło od wojsk alianckich znacznie mniej niż Warszawę od głównych sił sowieckich. Do Paryża regularne oddziały francuskie i amerykańskie wkroczyły po kilku dniach.

Warszawa walczyła bez skutecznej odsieczy ponad dwa miesiące.

Różnica nie polegała więc na tym, że Francuzi cierpliwie czekali, a Polacy nieodpowiedzialnie rozpoczęli walkę. Paryż także powstał. Do Paryża pomoc po prostu nadeszła.

Jedno państwo i jedno wojsko

W jednym z artykułów "Rzeczpospolita" deklarowała:

"Jeden jest naród polski. Jedno jest państwo polskie. Jedno jest Wojsko Polskie".

Brzmiało to, jak wezwanie do jedności. W rzeczywistości było roszczeniem nowej władzy do wyłączności. "Jedno państwo" oznaczało państwo budowane przez PKWN. "Jedno Wojsko Polskie" — armię dowodzoną przez gen. Michała Rolę-Żymierskiego i działającą u boku Armii Czerwonej.

Żołnierz Armii Krajowej mógł zostać uznany za patriotę, ale dopiero po oddzieleniu go od własnego dowództwa, rządu londyńskiego i politycznego celu walki.

Powstańcy mieli pozostać bohaterami. Ich przywódcy mieli zostać uznani za sprawców katastrofy.

Narracja gotowa jeszcze przed końcem walk

Między 10 a 21 sierpnia 1944 roku przekaz "Rzeczpospolitej" wyraźnie się zmieniał. Najpierw powstanie niemal ginęło wśród nieaktualnych wiadomości o stratach polskiej inteligencji. Później gazeta uznała bohaterstwo Warszawy, ale całą polityczną odpowiedzialność przeniosła na Londyn i dowództwo AK.

Następnie polskich czołgistów walczących pod Studziankami przedstawiono jako wojsko idące na odsiecz stolicy. Starannie wybrane komentarze brytyjskiej prasy miały wykazać, że także zagranica potępia decyzję o rozpoczęciu walk i odrzuca oskarżenia wobec Moskwy. Wreszcie 21 sierpnia powstanie zostało wpisane w szerszą opowieść o rzekomej ciągłości między sanacyjną klęską 1939 roku a "londyńską awanturą" z 1944 roku.

Walki w Warszawie miały trwać jeszcze ponad miesiąc. Polityczna narracja na ich temat była jednak właściwie gotowa.

Warszawa była bohaterska. Ludność była niewinna. Szeregowi powstańcy zasługiwali na szacunek. Winni byli dowódcy, rząd emigracyjny i przeciwnicy porozumienia z ZSRR.

Właśnie z tej konstrukcji wyrosła późniejsza oficjalna opowieść Polski Ludowej o powstaniu warszawskim: chwała dla walczącego miasta i potępienie dla tych, którzy wydali mu rozkaz do walki.

Pełna analiza numerów "Rzeczpospolitej" z sierpnia 1944 roku, wraz z omówieniem błędnych wiadomości o losach polskich uczonych i artystów, znajduje się na portalu PolskieHistorie.pl:

Źródło prasowe

"Rzeczpospolita", numery z 10, 11, 16, 17 i 21 sierpnia 1944 roku. W cytatach zachowano pisownię właściwą dla oryginalnego wydania.

Źródła i materiały internetowe

Wybrane dla Ciebie