Tajemnicze wnętrza lubelskiej Katedry
Wielkim przywilejem architektury jest to, że towarzyszy człowiekowi przez całe jego życie — nieustannie obecna, nie znika z pola widzenia. Gdy książki spoczywają zamknięte w bibliotekach, a obrazy ukryte w muzealnych salach, dzieła architektury stoją naprzeciw tłumów, które codziennie mijają je w pośpiechu. A jednak jest to zarazem sztuka najtrudniejsza do odczytania spośród wszystkich sztuk plastycznych. Przemawia bowiem nie słowem ani opowieścią, lecz czystą formą — linią i bryłą.
Jeśli jednak zatrzymać na niej wzrok i spróbować ją odczuć, odsłania się bogactwo znaczeń: raz majestat, innym razem niepokój, lekkość, wdzięk, a niekiedy dramat zaklęty w kamieniu — aż po wzniosły patos i niemal mistyczną ekstazę. Człowiek łatwo przywyka do piękna, zwłaszcza gdy ma je na wyciągnięcie ręki. Lecz prawdziwy jego miłośnik — im częściej z nim obcuje, tym głębiej je rozumie i tym wyżej ceni.
Nie brakuje i w Lublinie znakomitych pomników architektury. Warto się przy nich zatrzymać — zasługują na to. A jeśli będziemy do nich powracać, może przyjdzie taka chwila, gdy poczujemy coś więcej: jakby powiew wieczności i ciche przekonanie, że trwałość formy zwycięża przemijanie.
Wyobraźmy sobie dzień słoneczny. Jest pierwsza po południu, a światło pada z boku na fasadę katedry. Ta, choć z natury dość surowa i zdyscyplinowana, nabiera miękkości w bocznym oświetleniu. Jej pewna sztywność to spuścizna epoki neoklasycyzmu — czasu, gdy przebudowy dokonał architekt Antonio Corazzi, dodając kolumnowy portyk. Portyk ten nie przetrwał wojny — pozostały po nim jedynie dwie okaleczone kolumny, które dziś nie są już dekoracją, lecz niemym świadectwem zniszczenia.
Sama Archikatedra Lubelska powstała — według ks. Zalewskiego — w 1586 roku, jako budowla barokowa. Co znamienne, wzniesiono ją na wzór rzymskiego Il Gesù autorstwa Giacomo Barozzi da Vignola i Giacomo della Porta. Świadczy to o zadziwiająco wczesnym pojawieniu się tego stylu na ziemiach polskich.
Stojąc w nawie — pod pierwszym łukiem po prawej stronie, licząc od chóru — można dostrzec jedną z najpiękniejszych cech tej świątyni: gzymsy biegnące ponad belkowaniem przeciwnej ściany. Nie są ani przeładowane, ani nazbyt uproszczone. Nie przytłaczają ciężarem, ale też nie giną w nadmiarze detalu. Zachowują właściwą miarę.
A miara — czyli proporcja — jest jednym z najważniejszych sekretów piękna w architekturze. To ona decyduje o relacji pionu i poziomu, o równowadze między przestrzenią a masą muru. To dzięki niej odczuwamy spokój lub świadomie wprowadzony kontrast. Gzymsy, które tu widzimy, wraz z fryzem i architrawem, odznaczają się trafnością proporcji, powagą i dystynkcją — budząc wrażenie harmonii i wzniosłości.
Sklepienie pokrywają późnobarokowe malowidła iluzjonistyczne z połowy XVIII wieku, autorstwa Meyera. Zharmonizowane z chłodną szarością elementów architektonicznych, tworzą złudzenie przestrzeni sięgającej poza rzeczywiste granice wnętrza. Iluzjonizm ten, rozwijany od czasów Tintoretto i Paolo Veronese, miał na celu jedno — otworzyć sklepienie ku nieskończoności i pozwolić spojrzeniu wznieść się ku niebu, gdzie na obłokach unoszą się postacie świętych.
W prezbiterium uwagę przyciągają dwa obrazy szkoły flamandzkiej z połowy XVII wieku — według przekazu namalowane przez Lekszyckiego. Przedstawiają sceny uczty Herodiady oraz Ostatniej Wieczerzy. Uderza w nich harmonia barw podporządkowanych jednej dominancie, a także charakterystyczna dla malarstwa flamandzkiego skłonność do naturalizmu — widoczna w twarzach, fałdach szat i subtelnym oddaniu połysku tkanin.
Tak oto architektura i malarstwo splatają się w jedną opowieść — opowieść, którą można czytać nie słowami, lecz spojrzeniem i odczuciem.