"Dachy leciały na odległość stu metrów". Katastrofalne tornado przeszło przez Pomorze w 1936 roku
Latem 1936 roku mieszkańcy Pomorza (dziś województwo kujawsko-pomorskie) przeżyli sceny, które bardziej przypominały skutki wojny niż zwykłej burzy. W ciągu zaledwie kilku minut potężna trąba powietrzna zniszczyła całe wsie w okolicach Torunia. Domy waliły się jak z kart, dachy były przerzucane setki metrów dalej, a XIX-wieczny kościół zamienił się w ruinę.
Dramatyczną relację z miejsca katastrofy opublikowała "Gazeta Gdańska" z 29 lipca 1936 roku. Reporterzy ruszyli na miejsce niemal natychmiast po otrzymaniu telefonu z informacją o "straszliwej trąbie powietrznej", która przeszła przez powiat toruński.
Już pierwsze kilometry drogi pokazywały skalę katastrofy. Szosy zasłane były połamanymi gałęziami, pola pokrywały przewrócone stogi i snopy, a ogromne drzewa leżały wyrwane razem z korzeniami. W wielu miejscach samochód musiał zatrzymywać się przed potężnymi dębami przewróconymi na drogę.
Najbardziej ucierpiały miejscowości Bierzgłowo, Łążyn, Łążynek, Rzęczkowo, Dębiny, Wypcz, Łubianka i Siemoń. Według mieszkańców w niektórych wsiach nawet 80 procent zabudowy zostało zniszczone lub poważnie uszkodzone.
"Nie było ani jednej całej szyby"
Świadkowie wspominali, że jeszcze chwilę wcześniej panowała piękna pogoda. Około południa nagle zrobiło się ciemno, zerwał się gwałtowny wiatr, a po chwili rozpoczęło się ogromne gradobicie.
Mieszkańcy opowiadali, że bryły gradu były większe od kurzych jaj. W efekcie we wsiach nie została praktycznie ani jedna cała szyba. Huragan łamał drzewa, zrywał dachy, przewracał murowane ogrodzenia i niszczył zabudowania gospodarcze. W jednej z relacji gospodarz wspominał, że dach jego stodoły został przerzucony przez wichurę na odległość około stu metrów od budynku.
W Siemoniu wiatr był tak silny, że rozrzucał po drogach zebrane już plony tegorocznych żniw. Zerwane przewody telefoniczne i telegraficzne całkowicie odcięły część miejscowości od świata.
Zawalony kościół i zniszczony cmentarz
Jednym z najbardziej dramatycznych obrazów był zniszczony kościół w Łążynie. Huragan zerwał część dachu i doprowadził do zawalenia wieży świątyni. Gruzy runęły do wnętrza nawy. W środku znajdowały się rozbite organy, zniszczony ołtarz i wybite okna. Cmentarz wokół kościoła wyglądał jak pobojowisko. Nawet ciężkie granitowe nagrobki zostały przewrócone przez siłę wiatru. Reporterzy opisywali również nowo wybudowany budynek sklepu kolonialnego stojący naprzeciw świątyni. Pierwsze piętro zostało dosłownie zmiecione przez huragan w ciągu kilku sekund.
Byli zabici i ranni
Katastrofa pochłonęła także ofiary śmiertelne. W Łążynie zginęła 35-letnia Władysława Tamborek. Kobieta znajdowała się w stajni, gdy budynek zawalił się pod naporem wichury. Jej mąż próbował wydobyć ją spod gruzów, jednak było już za późno. Drugą ofiarą była mieszkanka Dębin z nazwiskiem Zakrzewska. W Toporzyskach zginął natomiast mężczyzna z nazwiskiem Kriger, którego śmiertelnie uderzyły spadające elementy dachu stodoły.
Rannych było znacznie więcej. Wśród poszkodowanych wymieniano całe rodziny, które zostały przygniecione przez walące się budynki. Wstępne szacunki mówiły o ponad 300 całkowicie zniszczonych domach.
Katastrofa sparaliżowała region
Trąba powietrzna zniszczyła nie tylko zabudowania i pola uprawne. Uszkodzone zostały również linie energetyczne doprowadzające prąd z elektrowni "Gródek" do Torunia. Zerwane słupy i przewody utrudniały komunikację oraz akcję ratunkową. Żywioł nie ograniczył się jedynie do powiatu toruńskiego. Burze i wichury przeszły również przez powiat chełmiński oraz okolice Bydgoszczy i Solca Kujawskiego. W pobliżu Solca Kujawskiego wiatr wyrwał z korzeniami 33 ogromne drzewa, niektóre razem z fragmentami umocnionej drogi.
Na miejsce katastrofy przyjechał wojewoda pomorski Władysław Raczkiewicz, który osobiście oglądał zniszczone miejscowości i rozmawiał z mieszkańcami.